Niewiadomego pochodzenia okoliczności doprowadziły mnie do tego skąpanego żarem zapomnianego miejsca. Jest to wiekowa wioska, z której aż zionie beznadzieja, a każde kolejne spojrzenie zniechęca do dalszej drogi. Każdy najdrobniejszy jej fragment wydaje się tak kruchy, że byle dotknięcie powinno go zniszczyć. Wyjaśniałoby to z pewnością kwestię wszędzie zalegającego pyłu i kurzu. Delikatny wiatr przesuwa ziarenka piasku po skrzypiących płotach, a spróchniałe brony, zardzewiałe pługi i stary wóz leżą jakby nietknięte od kilkudziesięciu lat. Widok ten napawa mnie niewyobrażalnym lękiem.
Wchodzę razem z dwiema towarzyszkami wgłąb wioski, aż w końcu docieramy do zapuszczonej karczmy. Dookoła niej widzimy gromadę wychudzonych wieśniaków. Ich ciała są brudne, tak wątłe, że niemal przezroczyste. Słońce niebezpiecznie parzy biedaków żebrzących w smętnej okolicy, a ich twarze są powykrzywianie w nienazwanej rozpaczy. Wyglądają jak gdyby byli z drewna i papieru, ich kości trzeszczą, a skóra powoli odchodzi od resztek ciała. To widok makabryczny, najgorszy, jaki ujrzałem. Absolutny upadek człowieka – inaczej nazwać tego nie sposób. Bierze mnie obrzydzenie, gdy na nich patrzę.
Im dłużej tu jestem, tym większe rośnie we mnie przerażenie. Ucisk słonecznych promieni przestał mi dokuczać w momencie, gdy zbliżyliśmy się do owej paskudnej zbieraniny. Czuję się, jakby mój dziurawy umysł zapomniał o trudach podróży w tę okolicę.
Upał jednak nie zelżał ani na chwilę, więc zbliżamy się powolnym krokiem do gospody. Idziemy między tymi nędzarzami, którzy patrzą na nas łakomie, a swoimi palcami wiercą w wychudzonych ciałach.
– Panie! Zlituj się nad nami! – powiedziała do mnie kobieta z tłumu. – Jesteśta tacy zacno ubrani.
Motłoch zdawał się nas otaczać, ale każdy z wieśniaków nie zmienił pozycji. Ich stępione spojrzenie raz po raz oblepiają moje ciało. Czuję się tak niezwykle ciężki, że najchętniej runąłbym wraz z nimi w tę bolesną rozpacz.
– Już wam dam, co wam potrzeba do przeżycia choć tego dnia kobieto. Spiekota jednak – dajcie najpierw o nocleg zapytać.
Bez namysłu odpowiedziałem z czystej litości, niespecjalnie zastanawiając się nad konsekwencjami. Wieśniacy pod karczmą w swojej posturze przypominają bardziej robactwo kulące się pod kamieniem lub buszujące w błotnistej mazi, z której to wyżerało co mniej przegniłe rośliny. Przestraszyłem się. Tak, przerażony jestem od momentu, kiedy tutaj przybyliśmy. Ta zgraja ostatnich tchnień człowieczeństwa mogłaby nas pozbawić pieniędzy, ubrań lub nas zaszantażować, cokolwiek, a nie zrobili tego… jeszcze? Chmara pomarszczonych ludzkich wraków została pod karczmą, odstępując od nas na kilka kroków. Pozwolono nam wejść do karczmy nieskalanie – czy tylko mi się to wydaje?